Bałtyk Bieszczady Tour 2014

Bałtyk Bieszczady Tour / Blog / Maratony / Męskim okiem / Relacja / Sport / 12 września 2014
Mam nadzieję, że od czasu do czasu będą tutaj pojawiać się teksty szykowanego przez Marcina. Jakiś czas temu uznałam, że przejechanie BBT to będzie coś. Zaczęłam powoli przygotowania, ale nie przyszedł jeszcze mój czas. Podobno młodość, podobno też za mało km jednak przejechałam w swoim życiu. Za to Marcin w tym roku bił swoje rekordy – BBT jego oczami.
Był to dla mnie w pewnym sensie przełomowy maraton. Wcześniej ze startu na start podnosiłem poprzeczkę zwiększając dystans. Po zeszłorocznym Maratonie dookoła Polski zadałem sobie pytanie co dalej? Odpowiedzi nie znalazłem, więc wybrałem się na BBT. Musiałem odegrać się za poprzednią edycję, kiedy to w wyniku awarii musiałem wycofać się na 150 km przed metą.
Tym razem do Świnoujścia przyjechałem w piątek. Noclegu szukałem w ostatniej chwili w związku z tym spałem na świetlicy. Okazało się, że prawie wszyscy mieszkańcy tego ośrodka przyjechali na BBT. Co ciekawe impreza jest bardzo dobrze znana w Świnoujściu. Wielu postronnych ludzi zagadywało kolarzy na temat maratonu.
Start miałem zaplanowany na chwilę przed 10. Dawało mi to możliwość dłuższego spania. Na możliwości się skończyło – zegar biologiczny i kolarze startujący wcześniej obudzili mnie koło 6. Właścicielka ośrodka też dawała do zrozumienia, że „doba hotelowa” już się kończy, przy okazji paląc papierosa w taki sposób aby dym wlatywał do pokoju. Cóż… przynajmniej nocleg był tani.
Zastanawiałem się nad planem na start. Zwykle początek jechałem bardzo wolno. Później byłem zmęczony i jechałem jeszcze wolniej. Tym razem postanowiłem zaryzykować i pocisnąć od początku. Pogoda w miarę dopisywała, pierwsze kilometry trasy mijały szybko. Prognozy pogody na niedzielę były kiepskie. Opady miały zacząć się już w nocy. Zaczęły się nawet szybciej, bo już koło Piły. W Bydgoszczy zameldowałem się ze średnią prędkością jazdy pawie 30km/h. Postoje na punktach kontrolnych trwały tyle co zalanie bidonów i podbicie pieczątek. Na dużym punkcie kontrolnym zjadam obiad.
Gdy ruszam jest już całkiem ciemno. Fragmenty drogi S10 omijam zgodnie z regulaminem drogą serwisową. To Torunia było całkiem blisko. Szybkie podbicie pieczątki i dzida dalej. Od dłuższego czasu jedzie w pobliżu spory peleton. Na punktach zbieram się szybciej, natomiast oni trzymają większą prędkość przelotową. Za Włocławkiem zaczyna się jeden z trudniejszych odcinków. Trasa prowadzi wzdłuż Wisły przez las. Nic się nie dzieje, jest koło 3 w nocy. Robi się sennie. Nie bardzo pamiętam tego odcinka z poprzedniej edycji. Warto dodać, że dwa lata temu nie miałem kartki z mapą tej części odcinka. Oczekuję miejscowości Soczewka. Tam trasa trzeba skręcić w bardzo lokalną drogę przez las. Ten odcinek według drogowskazu ma 11km. Mam wrażenie, że przejechałem go momentalnie. Chyba przysnąłem.  Tym razem spałem jadąc – poprzednim razem kimnąłem się w krzakach przy drodze. Mijam Gąbin, gdzie co niektórzy śpią w wojskowych namiotach. W Żyrardowie pojawiam się wcześniej niż planowałem – około 8. Od dłuższego czasu leje deszcz. Nie zakładałem jeszcze kurtki przeciwdeszczowej. Najpierw był to mały deszcz (nie warto wyciągać kurtki), potem i tak ubranie przemokło (więc też nie warto). Na mokrej nawierzchni opony przestają współpracować. W Radomiu zaliczam spory poślizg na dziurawo – smolisto – pomalowanym asfalcie. Mam też towarzystwo. Od rana w przepisowym odstępie jedzie ze mną lub przede mną Krzysiek. Tak też docieramy do drugiego DPK – Iłża. Planuję około 50 minut przerwy. W tym czasie biorę prysznic i jem obiad. A propos jedzenia – zgodnie z oczekiwaniem nie było opcji wegetariańskiej. Szkoda. Jak dla mnie jest to pole do poprawy dla organizatorów.
Gdy wracam na trasę następuje urwanie chmury. Czeka mnie najdłuższy przelot bez punktów kontrolnych. Tu też bardzo spada tempo. Pocieszające jest to, że w Nowej Dębie jestem za dnia, a nie w środku nocy jak poprzednio. Dodatkowo wjeżdżając do Podkarpackiego czuje bliskość mety. W końcu pozostaje tylko przejechać przez jedno województwo. Zmierzch nastaje w Rzeszowie. Tam też znajduje się punkt kontrolny na, którym zakończyłem BBT2012. Wtedy był to środek nocy, teraz wieczór i co najważniejsze jadę dalej. Nawet deszcz przestał padać. Zaczynają się pierwsze większe wzniesienia. Na jednym z nich kolega jadący za mną od Żyrardowa atakuje i… zapomina skręcić w lewo na Sanok. Próbuje gonić ale prawie 900km w nogach nie pozwala utrzymać jego tempa. Wołam, krzyczę, mrugam lampą – na próżno. Telefon do sędziego ratuje sprawę ale tylko częściowo. Po kolarza wyjeżdża radiowóz i prowadzi z powrotem na trasę. Ja natomiast zupełnie samemu kontynuuję jazdę do mety. Zostało mniej jak 100km. Mijam Brzozów,  Sanok zaczyna morzyć mnie senność. Budzi mnie wyprzedzający mnie zawodnik. To Marcin Nalazek, z którym pokonywałem ostatnie tysiąc kilometrów na MRDP rok temu. Tym razem postanawiam złapać jego tempo. Jedzie bardzo szybko, mówił, że się przespał na przystanku i czuje się świeżo. Ja się tak nie czuję, jednak udaje mi się utrzymać jego tempo aż do ostatniego PK w Ustrzykach Dolnych. W międzyczasie zrobiło się przeraźliwie zimno. Na jednym z zaparkowanych samochodów widziałem szron.  Obsługa PK kontrolnego dziwi się jak mogę jechać w spodniach 3/4. Spodnie to luz – problemem są mokre skarpetki po 16 godzinach jazdy w deszczu. Zawijam się  w koce. Po kilkunastu minutach przestaje dygotać. Dostaje nawet cieplejsze spodnie na drogę (dzięki Wojtek!). Na trasę ruszam po zbyt długim postoju. Nie mam już szans dogonić Marcina. Nie szkodzi. Powoli zaczyna świtać a do mety już tak blisko. Można podziwiać widoki, w dolinach utrzymuje się mgła – jest mi naprawdę przyjemnie. Siły dodają motywujące SMSy od żony.

Metę osiągam po 45 godzinach i 16 minutach. Cały dystans przejechałem nie śpiąc. Daje mi to 10 miejsce w Solo. Swój rezultat z przed 4 lat poprawiam o ponad 5 godzin. Co ciekawe taki czas 4 lata temu dalby zwycięstwo w Solo – tym razem pierwszy zawodnik był 10 godzin wcześniej. Przepaść. Ale nie to jest najważniejsze. Liczy się to, że udało się ukończyć. Pozostają wspomnienia, których nikt mi nie odbierze.


Tagi: , ,



Marcin
Marcin
Zawodowo inżynier, prywatnie mąż Ani, hobbistycznie kolarz – amator lubujący się w dystansach ultra. Ukończył Maraton Rowerowy dookoła Polski (MRDP) oraz dwukrotnie Bałtyk Bieszczady Tour. W 2015 roku przejechał polskie góry w ramach górskiej edycji MRDP.




Previous Post

Nowy Jork - listopad 2013

Next Post

Puszcza Kampinoska





You might also like

  • Obserwuję BB Tour od dawna i też kiedyś w końcu wezmę w nim udział. Ale chyba jeszcze nie przyszedł na mnie czas, jednak trzeba mieć swoje w nogach i w głowie chyba też 🙂

    Fajna relacja!

    • Myślę, że trzeba mieć głównie w głowie. A właściwie to lepiej w tej głowie nie mieć oporów psychicznych. W nagrodę pozostają niezapomniane wrażenia z trasy.


More Story

Nowy Jork - listopad 2013

...

10 September 2014