Góry MRDP

Blog / Maratony / Męskim okiem / Relacja / Sport / 8 września 2015

Plan był prosty – pokonać polskie góry w mniej niż 3 dni. Z jednej strony to tylko 1100 km w poziomie, z drugiej ponad 13 km przewyższenia. To musi boleć.  Przed startem długo zastanawiałem się nad strategią. Szczególnie dotyczyło to snu. Trzy noce jazdy były ponad moje siły. Co więc zrobiłem? Postanowiłem jechać ile mogę i potem coś wymyślić.

Bieszczady

Wraz z Pogórzem Przemyskim, Bieszczady były pierwszymi górami na trasie. Wbrew pozorom obfitowały w konkretne podjazdy o nachyleniach dobrze powyżej 10%. To tutaj hordy kolarzy miały podzielić się na mniejsze grupki. Tak też się stało. Zaraz po starcie ostrym zostałem sam. Było mi to na rękę. Samotność długodystansowca była jednak chwilowa. Zawodnicy wyprzedzali się, łączyli w grupki i od grupek odpadali.

W Ustrzykach Górnych zaskoczył mnie deszcz. Zaskoczył, bo prognozy pogody go nie przewidywały. Bieszczady ostatnio mocno się zmieniły – nie są już takim dzikimi górami. To przełożyło się na ruch samochodowy w okolicy, dający się szczególnie we znaki przed Cisną. Zjeżdżanie w deszczu za pałętającym się przed nosem samochodem nie jest przyjemne. Oj nie jest…

Opuszczając Bieszczady obserwowałem pierwszy z trzech zachodów słońca. Przestawało też padać.

Bieszczady zostawiam z tyłu. Przede mną zachodzące słońce i przygoda

Jak co wieczór podążam w stronę słońca

Jak co wieczór podążam w stronę słońca

Beskid Sądecki

Dobrze wiedziałem, że po stosunkowo lekkim odcinku prowadzącym przez Beskid Niski, w Sądeckim czekają mnie „ciekawsze” momenty: Brunary i Banica. Pamiętam jak dwa lata temu, ten ostatni mocno mnie zaskoczył. Gdy wydawało mi się, że osiągnąłem już szczyt, nawigacja kazała skręcić w prawo, gdzie rozpoczyna się ściana płaczu. Wolałem nie sprawdzać jakie jest nachylenie. Waliłem pod górę ze swojego najmiększego biegu i to na stojąco. Mijał trzy-setny kilometr trasy i powoli zbliżał się kryzys. Z pomocą znów przyszła znajomość trasy. Wiedziałem, że niedługo zjazd i płaski odcinek Doliną Popradu aż do Starego Sącza. Tu dopadł mnie spory peleton zawodników. Chłopaki pędzili jakby już widzieli metę. Odpuściłem. Wypiłem kawę i jeszcze przed świtem dogoniłem większość kolarzy z tego peletonu.

Tatry

Te góry nie zaskakują. Tu znajdują się najwyższy punkt trasy, bardzo strome i długie podjazdy. Ale za to te widoki. Miałem ochotę tam zostać i obserwować.

Długa noc za mną

Długa noc za mną

A śniadanie zjem na Krupówkach!

A śniadanie zjem na Krupówkach!

 

Po śniadaniu w Zakopanem znów opadam z sił. Trasa chwilo się wypłaszacza; jadę na kole innego kolarza. Odpadam na podjeździe pod Krowiarki.

Kolejne kilometry

Noc zastaje mnie na Śląsku. Znów powraca pytanie co dalej. Jechać czy spać? Do mety pozostaje 400 km. Teoretycznie powinienem to spokojnie zrobić w 24 godziny. Z drugiej strony źle wspominam pozostały odcinek z MRDP. Wtedy jechałem te 400 kilometrów prawie dwa dni!

Ryzykuję – jadę dalej.

Płaski odcinek idzie całkiem sprawnie. Jedziemy w małej grupie. Gdy schodzę ze zmiany dopada mnie senność. Znów zostaję sam. Kładę się na przystanku w Głuchołazach i… nie mogę zasnąć. Tym lepiej. Odcinek przez Głuchołazy to nowość. Trasa prowadzi bardzo lokalnymi drogami. Pokonanie jej bez GPSa byłoby dość trudne. W pewnym momencie droga się urywa. Barierka zdaje się wołać „you shall not pass”. Przede mną jest remontowany, zamknięty most. Za mostem droga krajowa, którą mam dalej jechać. Dookoła noc. Wtedy pojawia się biały punkcik, mijając mnie skręca i po chwili znajduje się po drugiej stronie przeszkody. Świecę lampą… Tak, jest objazd jakąś prowizoryczną kładką. A ten punkcik to był lokalny rowerzysta. Cudem było spotkanie go o 3 w nocy. Na mecie dowiaduję się, że wielu zawodników przedzierało się przez zamknięty most.

Sudety

Gdy kończą się płaskie odcinki dopada mnie kolejny spadek formy. Tym razem jest trochę gorzej. Ściśnięty żołądek odmawia współpracy. Jadę bardzo wolno. Nie zatrzymując się na jedzenie mijam pod sklepem zawodników, z którymi jechałem w nocy. Mozolnym tempem dotaczam się aż do Kudowy gdzie zjadam obiad. Jest około południa i to mój pierwszy posiłek tego dnia. Wracają siły. Jest szansa dojechać do mety nawet przed zmrokiem.

DCIM137GOPRO

Poranek w górach

850 km za mną

850 km za mną

Ale będzie zjazd

Ale będzie zjazd

Przede mną najcięższa część (Radków – Piechowice) region usłany pagórkami wybijającymi z rytmu oraz drogami wątpliwej jakości. Bliskość mety motywuje mnie tak bardzo, że trudności prawie nie czuję. Zmęczenie pozwala mi podjeżdżać tylko na stojąco. Opuchnięte kolana trochę protestują ale nie ma wyjścia. Jadę jakby meta była za najbliższym zakrętem.

Kotlina Kłodzka

Kotlina Kłodzka

Chełmsko Śląskie

Chełmsko Śląskie

Przy okazji w Chełmsku Śląskim mylę trasę. Po kilku nadłożonych kilometrach wracam na właściwe tory, przy okazji dowiadując się jakie to nowe przekleństwa znam.

Ostatnie kilometry

Noga podaje ale głowa wariuje. Już prawie 60 godzin bez snu (z czego ponad 50 na rowerze) powoduje coraz to nowe zwidy i wrażenie snu na jawie. Przy okazji rozładował się GPS, jadę o mapie, mając ciągłe wrażenie jazdy złą drogą. Nawet na wielokrotnie pokonywanym podjeździe pod Szklarską Porębę Górną czuję się jakbym zboczył z trasy. Zapadający zmrok powoduje, że zupełnie nie poznaje tego miejsca. Najciekawsze jest to, że po dłuższym czasie bez snu zawsze widuję (z resztą nie tylko ja) kibiców, których faktycznie tam nie ma. Tym razem tych „kibiców” były całe tłumy.

Meta

Po 58 godzinach melduję się u celu podróży. Ania mówi, że wyglądam na bardzo zmęczonego. Dodatkowo bredzę od rzeczy. Mimo to jestem szczęśliwy. Osiągnąłem metę 14 godzin wcześniej niż planowałem.

Następnego dnia od rana oddaję się kibicowaniu innym zawodnikom pozostałym na trasie. To pierwszy raz kiedy mogę komuś kibicować nie zazdroszcząc mu, że to on, nie ja, może uprawiać sport.

Strava: https://www.strava.com/activities/385569053

Powyższy ślad był nagrywany z pięcio minutową częstotliwością, w związku z czym trasa jest uproszczona o 100 km i połowę przewyższeń. Ślad nagrywany przez mojego GPSa był niekompletny, ponieważ po drodze uszkodziłem kabel, którym miałem ładować GPSa z power banka.

DCIM137GOPRODCIM137GOPRODCIM137GOPRO






Marcin
Marcin
Zawodowo inżynier, prywatnie mąż Ani, hobbistycznie kolarz – amator lubujący się w dystansach ultra. Ukończył Maraton Rowerowy dookoła Polski (MRDP) oraz dwukrotnie Bałtyk Bieszczady Tour. W 2015 roku przejechał polskie góry w ramach górskiej edycji MRDP.




Previous Post

Toskania z rowerem

Next Post

Podsumowanie sierpnia



  • Spoko, niezła jakość zdjęć

    • Używałem najniższego modelu GoPro. A przed startem miałem wątpliwości czy warto brać go na trasę 🙂

      • W sensie że się może pójść… zepsuć? 😉

        • GoPro się nie psuje.
          Po prostu brakowało mi miejsca w kieszeni i pozbywałem się rzeczy, które nie były niezbędne do przeżycia 🙂


More Story

Toskania z rowerem

To nigdy nie było moje podróżnicze marzenie. Śniłam zawsze o Nowym Jorku, a przynajmniej od pierwszego obejrzanego odcinka...

6 September 2015