Śląski Maraton Rowerowy 24h

Blog / Maratony / Męskim okiem / Relacja / Sport / 28 czerwca 2015

24 godziny – tyle wynosił limit na pokonanie 600km trasy VI edycji „Sokoła”. W tym roku był to jeden z ważniejszych maratonów na dystansie ultra, więc nie mogło mnie tam zabraknąć. Taka sześćsetka to też idealny sprawdzian przed sierpniowymi Górami MRDP

Albo grubo albo wcale

Startowałem z drugiej grupy. Kolejność na linii startu przydzielana jest wedle „zasług”. W poprzednich edycjach druga grupa nie miała szans na czołową lokatę. W tym roku  dzięki konkurencji też nie miałem szansa na lepsze miejsce. Na liście startowej pełno znanych nazwisk, finisherów BB Touru i MRDP. To dobrze obrazuje jak rośnie ranga imprezy.

Ruszamy 5 minut po pierwszej grupie. Jedziemy pełnym ogniem. Za to z nieba leci woda. Często jest to woda w stałym stanie skupienia. Po kilkunastu kilometrach pojawia się przed nami pierwsza grupa. Zerkam na licznik – średnia prędkość 38km/h. Do końca pętli średnia wzrasta do 39! Wpadamy na bufet. Chcę zalać bidony, dookoła jakieś zamieszanie, kończy się zgrzewka z wodą, czekam na następną. Odwracam się i widzę odjeżdżającą grupę.

Samotność długodystansowca

Z jednym bidonem ruszam w pościg. Znów jadę pełnym ogniem, znów pada grad. Ulicami płyną strumienie wody. Na zjazdach jestem bardzo ostrożny. Chyba za ostrożny, bo grupki nie doganiam. Ok, jak mam jechać sam to chociaż zjem kanapkę, którą wiozę w kieszeni. Błąd. Po dwóch gryzach wyprzedza mnie duża grupa kolarzy. Ruszyłem przed nimi z bufetu? Gdzie oni byli? To się do dziś nie wyjaśniło. Oczywiście trzymając kanapkę w ręku ich nie dogonię. Teraz już na pewno zostałem sam.

Trzecia pętla

Nadchodzi noc. Na bufecie spotykam kilku kolarzy. Z niektórymi jechałem na początku. Jest dobrze. Będzie z kim jechać. Chłopaki trzymają mocne tempo. Ciężko mi dać sensowną zmianę. Tym sposobem mija nam całe kółko. Na bufecie okazuje się, że znów zostaję sam – wszyscy kończą jazdę po 300 km.

Prawie sam

Po 30 km doganiam kogoś. To zawodnik jadący na 400km. Jest zmęczony, ale siada mi na koło. Gdy ja opadam sił nawet daje mi zmiany. Pętla mija bez niespodzianek.

Peleton na 200km

Wyjeżdżając na przedostatnią pętla trafiam na zawodników startujących na dystansie 200 km. Mam szczęście. Podpinam się pod ich grupę. Jadą idealnym tempem dla mnie. Gdy dowiadują się, że jadę na 600 km umożliwiają mi nieograniczone wożenie się na kole, częstują batonikami i żelami. Dzięki panowie! Kilometry mijają całkiem przyjemnie ale dochodzi do kraksy. Jechaliśmy trochę za blisko krawędzi jezdni. Nawierzchnia była zniszczona, zdarzały się podłużne muldy. Na takiej właśnie muldzie jeden z kolarzy ześlizgnął się na pobocze. Ale upadł na asfalt. Przygrzmocił tak mocno, że przez chwilę się nie podnosił. Na szczęście skończyło się na strachu i stratach materialnych – kask poszedł w strzępy.

Final lap

Już tylko 100 km do celu. Grupka nieco zmalała. Czasami jadę sam. Z czasem 22:42 melduję się na mecie. Do zwycięzcy tracę 3,5 godziny. To przepaść. Ale czas lidera jest jak z kosmosu. Daje średnią brutto grubo powyżej 30km.

Dwa lata temu ze swoim czasem miałbym trzecie miejsce, teraz… nazwijmy to, że byłem bliżej końca. Z drugiej strony tylko 13 osób pokonało 600 km.






Marcin
Marcin
Zawodowo inżynier, prywatnie mąż Ani, hobbistycznie kolarz – amator lubujący się w dystansach ultra. Ukończył Maraton Rowerowy dookoła Polski (MRDP) oraz dwukrotnie Bałtyk Bieszczady Tour. W 2015 roku przejechał polskie góry w ramach górskiej edycji MRDP.




Previous Post

Cyclinki #1

Next Post

Zwierzęta na drodze



  • Karola

    panow którzy pojechali na 600, 500 czy 400 trzeba nosić na rękach… Sa niesamowicie… Pan który wygrał to w ogole czapki z glow…

    • Popieram. Coś w tym jest 😉

    • Zgadzam się! Taki dystans i jeszcze w takich warunkach pogodowych!

    • Zgadzam się! Taki dystans i jeszcze w takich warunkach pogodowych!


More Story

Cyclinki #1

Startuję z pierwszym cyklicznym działem na blogu, czyli z cyclinkami. Możliwe, że nazwa dosyć kontrowersyjna, ale nawiązuje...

26 June 2015