Tour de Warsaw 200

100-200 km / Blog / Maratony / Męskim okiem / Relacja / Sport / 2 listopada 2015

Tour de Warsaw stał się obowiązkowym punktem programu (właściwie sezonu) dla mazowieckich kolarzy. Ale nie tylko. Na ostatnią edycję przybyli zawodnicy z różnych regionów Polski. Pojawiłem się też ja, w barwach teamu Black Horse. Bo TdW to wyścig drużynowy, przy czym na mecie liczy się czas pierwszych czterech osób.

Było nas siedmiu. Wszyscy nastawieni na ciężką walkę na trasie. Po pierwszych metrach wiedziałem, że będzie mocno. Na liczniku zadomowiła się liczba 40. Spowalniały nas tylko skrzyżowania, w które obfitowała początkowa część trasy. Pierwszy bufet na 55 kilometrze osiągamy momentalnie, mimo sporego wmordewindu.

Wydłużam trochę swoje zmiany – z założenia miały one trwać 2 kilometry. Przed Łomiankami ciągnę peleton trzy razy dłużej. Niestety owocuje to odpadnięciem drugiego już zawodnika. Wiatr staje się coraz bardziej odczuwalny. W efekcie tego w połowie dystansu zostaje nas czterech. Teraz już musimy się trzymać razem. Tempo trochę spada ale na bufecie (135 km) okazuje się, że jesteśmy pierwszą grupą jadącą w naszym kierunku. Szok i niedowierzanie. Przecież startowaliśmy późno.

12186405_480815078755254_2807182590289811949_o

135 km za nami – zdjęcie organizatora

Po otrzymaniu takiej informacji nie ma wyjścia. Od razu ruszamy. Jestem trochę głodny. Z bufetu wziąłem 2 banany, ale jakoś nie mam na nie ochoty. Tego dnia zjadłem już 4 takie owoce. Jedziemy pełnym ogniem, aż na jednej z dziurawych tras łapiemy kapcia. Z pomocą przychodzi drużyna jadąca za nami. A właściwie kierowca ich wozu technicznego. W ferworze walki zapomnieliśmy podziękować temu miłemu panu. Po kilku minutach jesteśmy na trasie. Okazja na „dziękuję” pojawia się całkiem szybko, gdy doganiamy rywali.

Jesteśmy koło Czachówka. Miejsce znane mi było jedynie jako węzeł kolejowy. Okolica zaskakuje krętymi drogami. Robi się ciężko, doskakiwanie do grupy za zakrętem kosztuje dużo energii. Dodatkowo na wilgotnej i zniszczonej jezdni nie trudno o niekontrolowany poślizg.

Jeszcze ciężej robi się po minięciu Góry Kalwarii. Do mety zostaje 30 kilometrów pod wiatr. Bardzo silny wiatr. W pewnym momencie prędkość spada nam poniżej 30 km/h. Dodatkowo wjeżdżamy w tereny miejskie. Zaczynają się: większy ruch, skrzyżowania, światła, a nawet korki. Staramy się nie szarżować. Po 200 km refleks i precyzja zaczynają szwankować.

Po 6 godzinach i 19 minutach osiągamy metę. Jak się później okazuje jesteśmy drugą drużyną jadącą w kierunku północnym. Brawo my!

Podsumowanie imprezy

+ Super atmosfera

+ Wegetariański makaron na mecie. To wyjątek na tego typu imprezach.

– Trasa w terenach zurbanizowanych. Z drugiej strony jak to 200 km wokół stolicy. Tu nie ma lokalnych dróg.

 






Marcin
Marcin
Zawodowo inżynier, prywatnie mąż Ani, hobbistycznie kolarz – amator lubujący się w dystansach ultra. Ukończył Maraton Rowerowy dookoła Polski (MRDP) oraz dwukrotnie Bałtyk Bieszczady Tour. W 2015 roku przejechał polskie góry w ramach górskiej edycji MRDP.




Previous Post

Amsterdam i rowery

Next Post

Co zabrać w długą trasę




More Story

Amsterdam i rowery

Codziennie w Amsterdamie rowerzyści przejeżdżają 2 miliony kilometrów. Tak, rowery są tam wszędzie. Nawet nie próbowałam...

29 October 2015